Sport.net.pl - GKS Bełchatów

Wiadomości Sportowe | Wisła Kraków | Legia Warszawa | Ruch Chorzów | Lech Poznań | GKS Bełchatów | Lechia Gdańsk | Polonia Bytom | Śląsk Wrocław | Cracovia Kraków | Arka Gdynia | Piast Gliwice | Korona Kielce | Polonia Warszawa | Zagłębie Lubin | Jagiellonia Białystok | Odra Wodzisław |

Łukasz Sapela wreszcie skapitulował. Sposób na pokonanie bramkarza GKS-u znalazł pomocnik Legii Warszawa Maciej Iwański.
Golkiper klubu z Bełchatowa nie puścił gola w Ekstraklasie przez 753. minuty! Z obecnie grających w lidze bramkarzy żaden z nich nie może pochwalić się w swojej karierze podobnym osiągnięciem.
Wspaniała passa rozpoczęła się 18. września od meczu z Zagłębiem Lubin. Wtedy to po raz ostatni Sapelę zdołał zaskoczyć Martins Ekwueme. Wszystko zakończyło się 28. listopada po 84. minutach spotkania z Legią, gdy do bramki GKS-u futbolówkę skierował Maciej Iwański.
Sapeli nie potrafili ani razu pokonać kolejno piłkarze: Odry Wodzisław, Korony Kielce, Śląska Wrocław, Polonii Warszawa, Cracovii Kraków, Arki Gdynia i Lechii Gdańsk.
753. minuty to wynik dzięki któremu Sapela zajmuje obecnie czwarte miejsce w zestawieniu bramkarzy, którzy byli najdłużej niepokonani w Ekstraklasie. Niewiele zabrakło, a bramkarz GKS-u wskoczyłby na podium. Trzeci na liście wszech czasów jest Władysław Grotyński. W barwach Legii nie wpuścił gola przez 762. minuty. Na drugim miejscu plasuje się Kazimierz Sidorczuk (Lech Poznań) z 834. minutami. A najdłużej niepokonany był Piotr Czaja. Grając w GKS-ie Katowice i Ruchu Chorzów zachował czyste konto przez 1005. minut!

Pojedynek z minionej soboty pomiędzy GKS Bełchatów, a warszawską Legią, jeszcze przed rozpoczęciem 15. kolejki okrzyknięty został hitem. Nikt nie musiał specjalnie mobilizować przed nim ani zawodników, ani kibiców żadnej z drużyn.
Zainteresowanie kibiców spotkaniem drużyn z czołówki ekstraklasy było na tyle duże, że działacze bełchatowskiego klubu postanowili o wiele wcześniej niż zawsze rozpocząć przedsprzedaż biletów. Wejściówki rozchodziły się w Brunatnej Stolicy jak świeże bułeczki.
Również zgodnie z przepisami związkowymi, GKS przesłał do klubu ze stolicy odpowiednią pulę biletów dla kibiców gości. Tam jednak sprzedaż nie ruszyła. Głównym powodem takiego stanu rzeczy, był trwający od wielu miesięcy konflikt pomiędzy kibicami, a zarządem stołecznego klubu. Ostatecznie w Warszawie nie został sprzedany żaden bilet. Nikt jednak nie miał wątpliwości, że fani "Wojskowych" zawitają na bełchatowski obiekt.

Rewelacyjny serial PGE GKS został przerwany w ostatniej kolejce rundy. Tytuły do bełchatowskiego hitu oddają najistotniejszą przyczynę przegranej gospodarzy.
Jedni kreują na bohatera strzelca gola Macieja Iwańskiego, drudzy uważają, że zadecydował wspaniale dysponowany bramkarz gości Jan Mucha, wreszcie inni widzą sędziego Roberta Małka, który wydał kilka decyzji krzywdzących gospodarzy i miał wpływ na końcowy rezultat. Każdy z tych wątków oddaje część prawdy. Dobrze się stało, że nawet media stołeczne przyznają, że wygrana Legii była szczęśliwa, bełchatowianie mogą czuć się pokrzywdzeni, a nasz arbiter międzynarodowy miał zły dzień.
Wygłupił się tylko trener Jan Urban, nie zgadzając się z opinią, że sędzia pomógł jego drużynie. Szkoleniowiec gości zasugerował, że sędzia z Zabrza do tej pory gwizdał na niekorzyść Legii. Wynikałoby z tego, że akurat wybrał ten mecz jako miejsce spłacania honorowych długów. Cztery kartki pokazane tylko gospodarzom też wskazują, że arbiter był stronniczy, bo przecież przewinienia legionistów też zasługiwały na co najmniej jeden kartonik. Małek nie przejął się okrzykami kibiców "Złodzieje", co dla uszu policjanta winno być szczególnie dokuczliwe.
Wierzymy, że bełchatowianie jakoś tę pechową wpadkę przeżyją. W sobotę będą podejmować Polonię Bytom już pozbawieni presji minutowej wyliczanki bez straty gola. Nikt nie został kontuzjowany, a sobotnie kartki nie powodują odsunięcia żadnego z piłkarzy. Trener Rafał Ulatowski pewnie nie pozwoli Tomaszowi Wróblowi na stawania w murze. Właśnie ten zawodnik wybiegł zbyt wcześnie przy strzale Rybusa, a przy powtórce Iwańskiego schylił głowę i w to miejsce skierował piłkę zdobywca decydującego gola. Brzmi to może zbyt okrutnie, ale listę sprawców nieszczęścia trzeba wydłużyć o Wróbla.